2015/12/18

Męska jesień

Przepraszam, że mnie tyle nie było na blogu i że równie rzadko zaglądam teraz do Was, ale dzieje się tak z prostego powodu: otóż intensywnie szukam pracy. Niestety kosztem wolnych chwil dla siebie, ale stoję pod ścianą, więc muszę. Trzymajcie kciuki, żebym coś szybko znalazła.
I dziś nieco spóźniony post ....chociaż patrząc za okno: ponuro, szaro, smutno, jesiennie. Generalnie cała jesień minęła mi błyskawicznie. Żeby jednak przedłużyć magię chwili -  dziś wpis o jesiennych  zapachach uwięzionych w woskach Yankee Candle.

Jako pierwszy - wosk November Rain od Yankee Candle.
Opis ze strony Goodies.pl:
"Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: drzewo cedrowe, szałwia, cytrusy oraz bursztyn".





Wosk November Rain jest ciemno niebieski, a na obrazku widnieje szargany wiatrem i deszczem krajobraz. Na sucho wosk pachnie przyjemnie, męską nutą. Po rozpaleniu pieści zmysły jeszcze lepiej - rozkosznie męsko. Mój mąż się nim zauroczył i dla niego to zdecydowany nr jeden wśród dotychczas palonych przez nas wosków. Nic mu nie mówcie - ale pod choinkę Mikołaj szykuje dla niego świece z tym zapachem :-).
Zapach chłodny, dobry dla tych którzy nie lubią zimowo jesiennych typowo korzennych aromatów.
Wydaje mi się, że sucho i przy starcie roztapiania wosku czuć bergamotkę, czyli herbatę Earl Grey, jednak z czasem ten aromat ulatuje.
Dla mnie jest to również zapach, który czuć "dobrymi" męskimi perfumami. Nie wiem, co prawda jak pachnie bursztyn, ale szałwia, cytrusy - tak - one są wyczuwalne.  Może November Rain to  nie mój nr jeden, ale jest w zdecydowanej czołówce.
Aromat ładnie rozchodzi się po pomieszczeniu, długo utrzymuje, nie dusi, nie boli po nim głowa. Szczerze polecam wszystkim wielbicielom takiej męskiej nutki.

Jako drugi - wosk Natures Painbrush od Yankee Candle.






"Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: nuty drzewne, piżmo, wanilia oraz cynamon."
Ciemno czerwony wosk, na sucho pachnący ... hhhmmm ..  suchymi liśćmi. Na obrazku - tak jak w nazwie - jesienny krajobraz.
Po rozpaleniu w powietrzu czuć zdecydowanie zapach liści, ale już nie suchych, a raczej mokrych, takich po jesiennej słocie. Wanilia, cynamon? Ja nie czuję. Może odrobina drewna. Dla mnie zapach przeciętny, raczej ciężki, ale nie zapadł mi jakoś szczególnie  w pamięć, choć trzeba przyznać, że przynajmniej nie boli po nim głowa. Raczej szybko o nim zapomnę. A szkoda, bo lubię jesień. Natures Painbrush ma jednak wielu wielbicieli, natomiast mnie jednak nie urzekł. Ja w nim nie wyczuwam tego męskiego pierwiastka o którem pisze wiele blogerek. Zapach niestety nie jest dostępny w regularnej sprzedaży, czasem pojawia się na Allegro.


Subiektywny ranking wosków Yankee Candle (aktualizacja):  

1. Chocolate Layer Cake
2. Happy Christmas
3. November Rain
4. Caramel Pecan Pie
5. Camomile Tea
6. Honey Glow
7. Clean Cotton
8. Loves me, loves me not
9. Jelly Beans
10. Pink Dragon Fruit
11. Black Cherry
12. Oud Oasis
13. Christmas Eve
14. Snow in Love
15. Merry Marshmallow
16. Whoopie pie!
17. Chocolate Truffle
18. Baby Powder
19. Sweet strawberry
20. Icicles
21. Vineyard
22. Red Velvet
23. Natures Painbrush
24. Christmas Memories
25. Sugared Apple
26. Christmas Garland


2015/11/27

Warto czytać dzieciom ?

Przyznaję bez bicia – jestem niepoprawną miłośniczką słowa drukowanego. Tak - kocham książki i każdą wolną chwilę poświęcam na czytanie, czasem kosztem snu. Literaturę pochłaniam w ilościach hurtowych :-). I od zawsze marzyłam o tym, żeby moje dziecko również pałało takim uczuciem do książek. I zgadza się - od początku podtykałam Gibonikowi jakieś kolorowe książeczki pod nos  – oczywiście dostosowane do jego wieku. Najpierw były to grube, foliowe, wytrzymałe  książeczki z mała ilością wierszowanego, ciekawego tekstu i dużymi obrazkami (takie książeczki odporne na szarpanie i gryzienie). Potem przyszła pora na sztywne, grube, tekturowe książeczki - często z elementem dotykowym np. futerkiem tygryska lub przyciskami dźwiękowymi np. ze szczekaniem psa czy miauczeniem kota. Natomiast teraz jako że mam w domu już ponad dwulatka – w ruch poszły książki tradycyjnie wydane, za to najczęściej pięknie i bogato ilustrowane.
U nas było względnie łatwo, bo Gibonik od początku bardzo interesował się swoimi  książeczkami. Sam je często przeglądał lub przynosił nam żeby mu czytać, a był jeszcze grubo poniżej roczku. Gołym okiem widać było, że nasze głośne czytanie sprawia mu przyjemność.
Obecnie dosłownie nie ma dnia, żeby ktoś z domowników mu nie czytał. Jest to już u nas rytuałem przed snem, ale i w ciągu dnia zdarza się, że synek przychodzi z książeczką i prosi o czytanie. Pani  w przedszkolu była w „szoku”, gdy Gibonik wśród tony nowych dla niego zabawek, złapał za książeczkę i podszedł do mnie z prośbą, żebym mu poczytała. Podobno nie zdarza się to często :-).

A dlaczego czytam swojemu dziecku?
Przede wszystkim uważam, że każdy czas poświęcony TYLKO dziecku nie jest czasem straconym - to inwestycja w jego przyszłość. Wspólne głośne czytanie daje nam możliwość prawdziwego pobycia razem, tworzy taki szczególny rodzaj intymności, nasz bajkowy świat.
Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o wpływie czytania na rozwój emocjonalny, intelektualny i społeczny dziecka (oj – jak to mądrze brzmi :-P), na ćwiczenie przez niego skupiania uwagi, wyciszanie. Czytanie pozwala wzbogacić słownictwo, bo przecież język literatury jest dużo bogatszy od naszego codziennego, potocznego. Mój synek np. zamiast pytać standardowo „Co to mamo?”,  pyta „Cóż to mamo”? budząc powszechne zdziwienie. Literatura pobudza też wyobraźnię i pomysłowość malucha.
Czytanie książek jest moim zdaniem najłatwiejszym sposobem na budowanie więzi ze swoim smykiem.
Ponadto dziecko w książkowym świecie może spotkać się z sytuacjami, których boi się w realnym życiu i „oswoić” – tak np. u nas było z wizytą u fryzjera czy dentysty. Oprócz tego w bajkach zazwyczaj dobro wygrywa ze złem, a ktoś mały i słaby, ale za to dzielny zwycięża dużego i silnego. To daje dziecku wiary we własne możliwości, pozwala pozbyć się lęku.
Jednak książka powinna być dostosowana do wieku dziecka, nie powinna go „przerastać”. Książkowe historie stanowią podstawę do dalszych, czasem trudnych rozmów np. o pojawieniu się rodzeństwa, czy już później chorobie, śmierci czy przemijaniu. Książki są dla dzieci  nieocenionym źródłem wiedzy o świecie. Czytając je maluch poznaje i utrwala nazwy przedmiotów, zwierząt, kolorów itp. Dowiaduje się z nich jak wyglądają i jak działają różne rzeczy, jak żyją inni ludzie, jak powstają przedmioty. Jest to jakaś alternatywa dla wszechobecnej telewizji czy Internetu.
W mądrych źródłach doczytałam się również, że z naukowego punktu widzenia głośne czytanie dziecku pobudza i stymuluje pracę jego mózgu. Podobno pozytywnie wpływa na naukę mówienia, ale tego nie wiem dokładnie, bo Gibonik zaczął mówić wcześnie i od razu dużo, a do tego bardzo szybko pełnymi zdaniami (to podobno po mamusi ;-).
Psychologowie twierdzą również, że dzieci którym się poświęca czas czytając, mają większe poczucie bezpieczeństwa, ale moim zdaniem nie dotyczy to tylko czytania, ale generalnie czasu poświęconego dziecku.  
Czytanie książek ma jedną wielką zaletę – można robić to wszędzie: w domu, w samochodzie, na spacerze, w „gościach”. Nic nas praktycznie nie ogranicza. Zachęcam Was – czytajcie proszę swoim dzieciom, niech prowadzone analizy zaczną wykazywać więcej niż pół książki przeczytanej przez statystycznego Polaka :-).
I pamiętajcie proszę – to do nas rodziców należy wybór czy umożliwimy naszym dzieciom spotkanie z literaturą.
Pozdrawiam.
A czy Wy czytacie swoim maluchom?

2015/11/09

Najlepszy krem bb?

Już na wstępie przyznaję:  taaak - należę do kobiet, które nawet idąc do warzywniaka po marchew muszą mieć makijaż. Ale nie robię tego, bo jakoś specjalnie uwielbiam spędzać godziny przed lustrem czy też szukam kolejnego męża :-). Po prostu moja cera pozostawia wiele do życzenia i bardziej komfortowo czuję się, gdy jest pokryta warstewką pudru, a oko podkreślone tuszem. I tyle - cała moja codzienna "tapeta". Oczywiście do pracy jest ona bogatsza, ale zazwyczaj takie minimum mi wystarcza. A ponieważ nie używam wielu kosmetyków, stawiam na te dobrej jakości. Wśród moich podkładów króluje Double Wear Estee Lauder (pisałam o nim tutaj ) oraz Tein Idole Ultra 24H marki Lancome (post tu). Jednak oba podkłady są dość mocno kryjące, a mnie brakowało czegoś lekkiego i takiego do "szybkiego" make up - gdy na przykład szłam z Gibonikiem na spacer. Zaczęłam się  za czymś lżejszym, a w tym czasie akurat na Waszych blogach szał był zarówno na kremy bb, jak i na azjatyckie kosmetyki. Postanowiłam spróbować :-). Skusiłam się na małą wersję  koreańskiego Prestige Creme Decargot B.B. marki Its Skin.


Powyższy krem bb jest lżejszą formą podkładu czyli  czego  teoretycznie szukałam. Ponadto zawiera 21 % osławionego ekstraktu ze śluzu  ślimaka (podobno rewelacyjnego na blizny) i jak podaje producent - innowacyjny składnik EGF, które działając razem - silnie napinają i regenerują skórę. Dodatkowo ma adenozynę czyli silny składnik przeciwzmarszczkowy oraz wysoki filtr SPF ++.
Skład:
Water, Snail Secretion Filtrate, Glycerin, Butylene Glycol, Titanium Dioxide (Ci 77891), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Glycereth-26, Arbutin, Cyclomethicone, Peg-10 Dimethicone, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Se, Polysorbate 60, Silica, Cyclopentasiloxane, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Phenoxyethanol, Polymethyl Methacrylate, Iron Oxides (Ci 77492), Sodium Polyacrylate, Synthetic Fluorphlogopite, Fragrance, Ethylhexyl Stearate, Chlorphenesin, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Inulin Lauryl Carbamate, Iron Oxides (Ci 77491), Iron Oxides (Ci 77499), Methicone, Grifola Frondosa (Maitake) Mycelium Ferment Filtrate Extract, Sh-Human Oligopeptide-1, Tricholoma Matsutake Extract, Adenosine, Trideceth-6, Disodium .

Moja opinia:
Na swoim przykładzie sprawdziłam, że krem nadaje się dla osób mających problemy z cerą, chociaż oczywiście nie dostaniecie pełnego krycia. Efekt, który można nim uzyskać jest moim zdaniem przyzwoity - tzn. wyrównanie kolorytu, pokrycie drobnych naczynek czy też piegów. Niestety nie kryje porów. Krem ma tylko jeden odcień (widoczny na zdjęciu), ale bardzo ładnie stapia się z cerą, nie odcina się na szyi, więc myślę, że może pasować wielu osobom. Najlepiej chyba nakładać go palcami, rozprowadza się ładnie, nie tworzy smug. Produkt ten nie wysusza cery, wręcz delikatnie nawilża. Ja zawsze kładę pod niego krem, ale myślę że nie ma takiego musu. Jeśli chodzi o efekt, to wykonany tym kremem bb makijaż jest lekko błyszczący - satynowy, więc dobrze jest pokryć go jeszcze warstewką matującego pudru, chyba że nie przeszkadza Wam lekki błysk w strefie T. Skuteczności przeciwzmarszczkowej nie mogę na razie ocenić, gdyż zbyt krótko go jeszcze używam, żebym mogła zrobić to rzetelnie. Mam za to wrażenie, że ten krem bb delikatnie podlecza drobne wypryski. Spotkałam się z opniami, że regularne stosowanie tego kremu, znacznie poprawia stan cery trądzikowej, ale tego z racji częstotliwości użytkowania nie mogę wiarygodnie potwierdzić.
Skład niestety mimo fajnych też składników, nie powala (np. silikony), ale to już Wasza decyzja czy decydujecie się używać takich kosmetyków.
Muszę przyznać, że produkt jest bardzo wydajny i ma przyjemny, nie nachalny zapach. Dodatkowo zawiera filtry UVA i UVB.
Trwałość makijażu oceniam na około 6-7 godzin.
Opakowanie estetyczne, przyjemne dla oka, choć pod koniec użytkowania może być problem z wydobyciem kremu z dna plastikowej tubki.
Ten krem bb kupić można zarówno na Allegro, jak i w różnych internetowych sklepikach oferujących azjatyckie kosmetyki, jednak polecam sprawdzonych sprzedawców, bo podobno już krąży wiele podróbek tych produktów. Cena około 30 zł za 10 ml, natomiast ok 120 zł za pełnowymiarowy produkt czyli za 50 ml.


Podsumowując - generalnie mogę z czystym sumieniem polecić Wam ten krem bb - wszystkim którzy nie oczekują od tego typu kosmetyku efektu kamuflażu. Ma on niewątpliwie sporo zalet i należy poważnie rozważyć jego kandydaturę szukając dobrego kremu bb, zwłaszcza lekkiego na lato.

A Wy używacie kremów bb? Jakie możecie polecić?

2015/11/05

Czy warto pisać o zapachach?

Dziś przeczytałam na jednym z blogów, że o świecach zapachowych czy perfumach piszą blogerki, które nie mają nic do opowiedzenia. Hmmm... Ja dość często subiektywnie opisuję dla Was zapachy od Yankee Candle i absolutnie nie zgadzam się z powyższą opinią koleżanki. Czemu? Chyba od zawsze lubię jak w domu pięknie pachnie - czystością, kwiatami w wazonie czy też domowym ciastem. W tamtym roku przypadkiem trafiłam na wpisy o zapachach Yankee Candle. Postanowiłam zaryzykować i spróbować paru wosków. Ups! Wpadłam po uszy. Okazało się, że te zapachy wciągnęły mnie do swojego  świata  na dobre. Oboje z mężem lubimy usiąść wieczorem na kanapie, zapalić kominek zapachowy i rozkoszować się przyjemnymi woniami. Przyznaję - moja kolekcja wosków YC jest już spora, jednak zawsze przed zakupem  kolejnego wosku, czytam opinie innych blogerek na temat zapachu na który się "czaję". Jeśli na kilku blogach spotykam negatywne opinie, albo widzę, że wosk zawiera nuty które mi akurat nie odpowiadają, to go nie kupuję. I chociaż każdy z nas ma inny nos, to jednak opinie innych osób na temat danego zapachu są dla mnie bardzo ważne. Nie chodzi o to, czy komuś się ten konkretny zapach podoba, tylko jakie nuty tam wyczuwał. Decyzja czy ja go spróbuję należy ostatecznie do mnie, ale  już podjęta zostaje świadomie. I dlatego też sama robię takie woskowe posty, żeby być może pomóc komuś w podjęciu decyzji - kupić nie kupić.
I nie uważam przy tym, że nie mam nic do powiedzenia. Sorry :-).

No to za ciosem - kolejna dawka wosków od Yankee Candle - dziś słodko, cukrowo, ciasteczkowo. Coś dla amatorów słodyczy.
Po pierwsze - wosk Caramel Pecan Pie  od Yankee Candle. Ciemnoczerwony wosk, z obrazkiem przedstawiającym kawałek opływającego karmelem ciasta. Mniam :-). 


Na sucho wosk pachnie słodko i orzechowo. Po rozpaleniu w kominku - miód, malina i orzeszki :-), a tak poważnie to cudowny, ciepły aromat słodkiego ciacha orzechowego. Zapach głęboki i taki ... smaczny. Dosłownie. Jeden z moich faworytów. Czuć wyraźnie maślaną nutę i wszędobylski karmel. Rewelacja! Niestety zapach ten jest niedostępny w Polsce, ale można go czasem kupić na Allegro. Na kilku blogach wyczytałam, że Caramel Pecan Pie pachnie jak rosół albo maggi, ale zapewniam - ja żadnej z tych nut nie wyczułam. Zapach intensywny, ciężki, ale nie duszący. Dość długo utrzymuje się w mieszkaniu. Dla mnie ideał na mroźne zimowe wieczory.

I żeby pozostać nadal w temacie słodyczy - kolejnym testowanym przeze mnie woskiem był Whoopie pie! od Yankee Candle. Wosk w kolorze ciemnej czekolady z obrazkiem przedstawiającym czekoladowe przekładane ciasteczko. 


Na sucho pachnie  dość przyjemnie, powiedziałabym - kakaowo. Po rozpaleniu ... Hmmm, naczytałam się na wielu blogach achów i ochów na jego temat, a mnie ten zapach ... rozczarował. Jest bardzo słodki, mocny i intensywny. Czy czuć w nim czekoladę? Mój mąż nie wyczuł. Ja szczerze mówiąc też nie. Nijak mu do Chocolate Cake Layer (pisałam o nim tutaj).  Dobra moc, czuć go bardzo szybko po rozpaleniu kominka, być może fanom mega słodkości się podoba. Jednak  to nie mój typ. Whoopie pie! nie jest dostępny w Polsce, ale tak jak w przypadku poprzednika można go dostać czasem na Allegro.

 Subiektywny ranking wosków Yankee Candle (aktualizacja):  
1. Chocolate Layer Cake
2. Happy Christmas
3. Caramel Pecan Pie
4. Camomile Tea
5. Honey Glow
6. Clean Cotton
7. Loves me, loves me not
8. Jelly Beans
9. Pink Dragon Fruit
10. Black Cherry
11. Oud Oasis
12. Christmas Eve
13. Snow in Love
14. Merry Marshmallow
15. Whoopie pie!
16. Chocolate Truffle
17. Baby Powder
18. Sweet strawberry
19. Icicles
20. Vineyard
21. Red Velvet
22. Christmas Memories
23. Sugared Apple
24. Christmas Garland

A Wy czasem sugerujecie się subiektywnymi opiniami  innych kupując coś pachnącego dla siebie?

2015/11/01

Chwila relaksu i refleksji z Marilyn Monroe

Nostalgiczny i refleksyjny dzień dzisiaj. I prawidłowo - taki czas. U nas dodatkowo pod szyldem choroby. Zaczęło się od gorączki Gibonika, teraz dołączyłam ja. Wygląda na to, że chyba zostaniemy dłużej w domu razem.
I tak na przełamanie nastroju - podzielę się z Wami swoją opinią na temat nie tak nowej już książki - bo z 2014 roku - "Marilyn i JFK" autorstwa Francoisa Forestiera. 


Zacznę od tego, że nie jest to literatura po którą sięgam na codzień. Przyniosła mi ją koleżanka zakochana w kultowej blondynce. A że ostatnio chwytałam za cięższy kaliber literatury, to postanowiłam zrobić sobie literacki reset i przeczytać coś zupełnie z innej półki.
Moja wiedza wejściowa na temat słynnej Marilyn była wręcz zerowa - owszem widziałam kilka filmów z jej udziałem, ale nigdy nie interesowało mnie jej życie - zdecydowanie wolałam styl Audrey Hepburn. "Marilyn i JFK" była więc szansą na zwiększenie mojej ignoranckiej wiedzy.
No i?
Muszę przyznać, że lektura jest wciągająca. Autor wprowadza nas bez pardonu w świat brudnych interesów Ameryki lat sześćdziesiątych, gdzie życie polityków, celebrytów i mafiozów bezustannie miesza się ze sobą. Poznajemy tytułową Marilyn jako nie tylko symbol seksu, ale przede wszystkim kobietę z  problem uzależnienia od leków i dodatkowo bardzo, bardzo samotną. Natomiast JFK czyli John Fitzgerald Kennedy to przede wszystkim niepoprawny kobieciarz i wręcz seksoholik. Tych dwoje połączyły wspólne czasy i rozciągnięty na przełomie lat romans, zakończony dla obydwojga tragicznie. Przez cały czas tytułowa dwójka jest nieustanie śledzona i podsłuchiwana przez wszystkie możliwe służby. 
Muszę się zgodzić, że książka jest ciekawa, chociaż całość napisana w sposób plotkarskiego magazynu, ale możne dlatego czyta się ją ekspresowo.
Co wyniosłam z tej lektury oprócz chwili relaksu? 
Po raz kolejny przekonałam się, że nie wszystko wygląda tak jak to nam się "sprzedaje" w kolorowych magazynach, kinie czy internecie. Miss Monroe nie była zdecydowanie szczęśliwym "kociakiem", a pan Prezydent wzorem moralności.
Aż strach pomyśleć, że w dzisiejszym czasie może być jeszcze ciekawiej ...
Pozdrawiam.
Ciekawa jestem czy i Wy sięgacie czasem po takie lektury?


Tytuł: "Marilyn i JFK"
Autor: Forestier Francois
Wydawnictwo: Sonia Draga
Okładka: miękka
Liczba stron: 288
Dostępna za około 19 zł na Allegro.









2015/10/22

Winogronowo mi


Dawno nie opiniowałam dla Was żadnych wosków od Yankee Candle, a więc dziś pora nadrobić zaległości i oto spieszę z dwoma zapachami – klasykami marki.

Jako że mamy pełnię sezonu na jesienne winogrona, to i u mnie pojawia się ich zapach w postaci wosku Yankee Candle -  Vineyard.
Wosk ma piękny – ciemno fioletowy kolor, na obrazku prezentują się dojrzałe, ciemne winogrona. Na sucho wosk pachnie rewelacyjnie, słodko, uwodzicielsko – jak lampka słodkiego, czerwonego wina. Po rozpaleniu –  zapach niestety nie jest aż tak przyjemny jak na sucho. Traci cały swój urok, niczym specjalnym nie zachwyca. Mój mąż stwierdził nawet, że śmierdzi. Dla mnie nie było aż tak źle, jednak rozczarowałam się, bo po zachwytach na jakie trafiałam na innych blogach,  u mnie nie było efektu „wow”.  Jednak ogólnie to słodki aromat, przyjemny,  nie duszący, z nutą rześkości. Dość intensywny, jednak ulatnia się szybko po zgaszeniu kominka. Jest to zapach amerykański, niedostępny w regularnej sprzedaży w Polsce, jednak można go od czasu do czasu kupić na Allegro.

Drugim z ostatnio testowanych przeze mnie wosków był Jelly Beans od Yankee Candle. 


Według Wikipedii Jelly beans to rodzaj słodyczy o kształcie fasolek z miękką powierzchnią i żelowym wnętrzem, które są dostępne w wielu różnych smakach. Wosk jest ciemno fioletowy, a  na obrazku widzimy kolorowe, słynne cukiereczki. Na sucho pachnie zachęcająco cukrowo. Po rozpaleniu – zapach słodki, owocowy,  przyjemny, aromatyczny. Taki nie narzucający się, aczkolwiek wprawiający w dobry nastrój. Wyczułam w nim winogrona, takie dojrzałe i soczyste. Zapach dość intensywny, ale nie duszący. Idealny dla fanów słodkich, owocowych aromatów. Dość trudno dostępny w Polsce, ale po chwili starania można go kupić na Allegro.


Subiektywny ranking wosków Yankee Candle: 
1. Chocolate Layer Cake
2.  Happy Christmas
3. Camomile Tea
4. Honey Glow
5. Clean Cotton
6. Loves me, loves me not
7. Jelly Beans
8. Pink Dragon Fruit
9. Black Cherry
10. Oud Oasis
11. Christmas Eve
12. Snow in Love
13. Merry Marshmallow
14. Chocolate Truffle
15. Baby Powder
16. Sweet strawberry
17. Icicles
18. Vineyard
19. Red Velvet
20. Christmas Memories
21. Sugared Apple
22. Christmas Garland


2015/10/19

Moja idealna szafa



Podczas krętej drogi ku minimalizmowi i przy okazji odgruzowywania szafy postanowiłam stworzyć własną bazę – szafę minimalistki, taką dopasowaną indywidualnie do moich potrzeb. W takiej bazie muszą się znaleźć zarówno stroje do pracy w biurze (także kontakt z klientem), ubrania sportowe np. do spacerów z dzieckiem i takie na wakacje czy wyjazd w góry. Nie ukrywam – nie potrafiłam i chciałam skupić się tylko na 10 podstawowych, uniwersalnych elementach szafy, o których pisze się na wielu blogach. Pragnęłam stworzyć listę dla siebie – uniwersalną, ale także wyczerpującą MOJE potrzeby. Inaczej musimy się przecież ubrać idąc na spotkanie z klientami, a inaczej z dzieckiem do przedszkola, a jeszcze inaczej ruszając w góry. Moja lista zawiera aż 66 pozycji (!!!) (ubrania, okrycia wierzchnie, buty plus dodatki typu okulary przeciwsłoneczne), nie jest specjalnie skromna, za to wyczerpująca wystarczająco moje potrzeby ubraniowe na każda okazję. Nie będę Wam tutaj prezentować całego zestawienia, żeby Was nie zanudzić, zresztą szafę tą będę kompletować pewnie latami, ale przytoczę kilka brakujących mi elementów, które planuję kupić w przeciągu najbliższego … roku. Wiele to klasyki, ale właśnie takich mi brakuje.

1. Czarne klasyczne szpilki (mam, ale już swoje przeżyły, potrzebna wymiana)

2. Czarna skórzana ramoneska (choruję na taką od kilku lat)

3. Elegancki - klasyczny płaszcz na zimę (nie mam niestety)


4.Ciepła kurtka parka (przydałaby się na chłody)

 5. Klasyczna gładka koszula (mam pełno w kratkę, prążki, groszki ...) 

6. Granatowa marynarka (nie mam niestety)

7. Męski zegarek (może na Gwiazdkę :-))

8. Klasyczne czarne spodnie (czarnych akurat nie mam)


9. Klasyczna czarna torba (czarnej nie mam)

 
10. Białe trampki marki Converse (mam, ale swoje już przeżyły i potrzebna zmiana warty)



Nie ukrywam, że wszystkie wyżej wymienione rzeczy są mi potrzebne, ale też te dobre jakościowo - do najtańszych nie należą. W związku z tym postanowiłam, że moją szafę będę uzupełniać powoli - stopniowo, krok po kroczku, a raczej rzecz po rzeczy :-). Już wiem, że pierwsze pojawią się w niej czarne szpilki, mam już nawet upatrzone, czekam na przypływ gotówki :-). A potem to już wedle możliwości i rozsądku.

Przy okazji robienia takiego wykazu niezbędnej garderoby, zauważyłam ile mam niepraktycznych i nieuniwersalnych ubrań, które trudno z czymkolwiek zestawić, tak żeby dobrze razem wyglądały. I zrobiło mi się smutno, że tak dawałam się zwieść modom czy wyprzedażom ... Postanowiłam, że teraz szaleć będę tylko z dodatkami typu szale czy apaszki :-).
A Wy jak planujecie swoje odzieżowe zakupy?


Ps. Zdjęcia pochodzą z Zalando.pl.



2015/10/12

Czy małe dzieci widzą duchy?


Wiem, pewnie niektórzy z Was pukną się w czoło widząc tytuł tego posta. I wcale się nie będę dziwić. Ja też jestem twardo stąpająco po ziemi realistką, taką która przede wszystkim wierzy w siłę rozumu.  Ale … trudno przeczyć sytuacjom, które się rzeczywiście dzieją w naszym życiu. sama nigdy żadnego doświadczenia z duchami czy jakimkolwiek ich odpowiednikiem nie miałam. W mojej obecności umierały różne osoby - pracowałam bowiem w Domu Pomocy Społecznej – gdzie  w pewnych sezonach śmierć była codziennością, na moich rękach w drodze do szpitala zmarła ukochana babcia, jednak nigdy nie wyczuwałam żadnych form kontaktu ze światem niematerialnym. Nie bałam się i nie boję się  zmarłych, bardzo lubię (jeśli można w ogóle tak powiedzieć) cmentarze i często odwiedzam na nich moje ukochane babcie, także późnym wieczorem.  Jednak, to że akurat ja niczego nie doświadczyłam, nie oznacza przecież, że czegoś nie ma. W kosmosie też nie byłam, a jednak opowiadam swojemu dziecku, że ziemia jest okrągła. No właśnie – i tak dotknęłam tematu dziecka …

 Mój synek od około roku wskazywał od czasu do czasu na sufit lub ściany i pokazywał, że tam coś widzi. Bagatelizowaliśmy sprawę, tłumacząc, że to pewnie jakieś cienie albo gra świateł. Jednak teraz Gibonik oprócz pokazywania jeszcze mówi i twierdzi, że widzi „Pana”. Pan ma wąsy, brodę i nazywa się Jurek. Zbiegiem okoliczności Pan pojawia się jak przyjeżdża do nas babcia Gibonika i razem z nią opuszcza dom. Jak to wygląda w praktyce? Otóż od poniedziałku do piątku moim synkiem opiekuje się babcia, która w te dni z nami mieszka i to wtedy Gibonik mówi o „Panu". W weekendy, gdy zostajemy sami – dziecko nic dziwnego nie widzi. W ostatni weekend synek powiedział do mnie tak: „U babci w pokoju jest Pan”. No to poszliśmy tam i pytam synka „Gdzie ten Pan jest – pokaż mamie”, a on na to „Babcia zabrała Pana do Warszawy”. I wiecie co – tak  stwierdziliśmy, że te historie zaczęły się od czasu pojawienia się u nas babci. Dodam też, że nigdy w domu nie używaliśmy imienia Jurek, nie ma go tez w żadnych książeczkach ani bajkach, z którymi dziecko ma kontakt, więc Gibonik nie słyszał wcześniej tego imienia. Natomiast babcia dobrze znała taką osobę, która już nie żyje. 
 Słyszałam dawno, dawno temu, że małe dzieci, psy i koty widzą duchy, ale nigdy mnie to jakoś specjalnie nie interesowało. Teraz też dopuszczam możliwość, że to może być wybujała wyobraźnia mojego dziecka. Na wszelki jednak wypadek (bo ja z tych zapobiegliwych jestem) zakupiłam białą szałwię. Mam zamiar zapalić ją w domu, gdyż podobno wypędza złą energię, jeśli takowa istnieje. Kosztowało  mnie to 15 zł, wiec żaden wydatek, a moja matczyna głowa będzie spokojniejsza. Gusła, nie gusła… wierzyć, nie wierzyć… ja na razie wstrzymuje się z jednoznaczną opinią, bo wbrew mojemu logicznemu myśleniu, wierzę swojemu dziecku, które zawsze ze szczegółami opowiada prawdę – co robiło w domu, na spacerku czy przedszkolu. Na pocieszenie jak na razie żadne sprzęty po domu nie latają  i oby tak zostało . Może to opiekuńczy duszek. Pozdrawiam.

Słyszałyście kiedyś takie historie?