2015/07/28

Dlaczego nie lubię podróżować z dzieckiem ... czyli choroba lokomocyjna u małego dziecka

Tak, tak - dobrze czytacie - otóż nie lubię podróżować z moim dzieckiem. A zaczęło się tak pięknie - jeszcze zanim Gibonik skończył pół roku, podróże z nim były czystym marzeniem. Dziecko zasypiało zanim jeszcze koła samochodu zdążały dotoczyć się poza naszą posesję i spało dopóki nie zatrzymaliśmy się na dłużej w nowym miejscu, a wręcz i wtedy należało go często budzić, bo chrapał w najlepsze. Aż przyszedł dzień, że po pół godzinie jazdy dziecko rzuciło taki haftem, że uśliczniło i siebie i mnie jednocześnie. Jeszcze wtedy nie wpadłam na pomysł, że to może być choroba lokomocyjna. Pomyślałam, że zaszkodziło mu coś z nowo rozszerzanej diety i targana wyrzutami sumienia, martwiłam się - jakiego pokarmu moje Słoneczko tak nie toleruje. Aż do następnego razu, kiedy sytuacja się znowu powtórzyła, a jechaliśmy na badania do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu, wiec Młody musiał być na czczo. Wtedy zaświtała mi w głowie myśl, że to wcale nie skutek zjedzenia czegoś, co mogło mu zaszkodzić, tylko po prostu objawiła się choroba lokomocyjna. Przy najbliższej okazji zapytałam o to naszą panią doktor, która wyraźnie zdziwiona, że tak małe dziecko ma już objawy, potwierdziła że to może być niestety choroba lokomocyjna. Dała nam alternatywę, albo nic Młodemu nie podajemy, ograniczamy podróże i czekamy aż samo przejdzie, albo ona wypisze nam receptę na jakiś specyfik dla takich maluszków. Wtedy postanowiliśmy dać Młodemu czas, ograniczyliśmy wyjazdy do niezbędnego minimum. W naszych nielicznych podróżach zawsze towarzyszyły nam ubrania na zmianę dla synka i dla mnie, sterta pieluch terowych i ręczniki, mokre ściereczki. A po wszystkim wielkie pranie, czyszczenie tapicerki i fotelika. Wierzcie - odechciewało nam się wszelkich wojaży ... Tym bardziej, że Młody bardzo się stresował każdym takim "wypadkiem" :-(.  W pewnym momencie sytuacja się nieco uspokoiła, Gibonik był już na tyle duży, że zaczęliśmy go wozić na przednim siedzeniu i on patrząc przed siebie jakoś uspokoił żołądek. Ale sielanka też trwała tylko do czasu, bo pewnego dnia Młody zaczął marudzić podczas jazdy - zrobiliśmy chwilę przerwy - mały spacer i dobre samopoczucie mu wróciło. Ale to był już pierwszy sygnał, że źle się dzieje. W drodze powrotnej nie zdążyliśmy niestety zrobić przystanku - tym razem znów musiałam przebierać zapłakane i przerażone dziecko. Gorzej z tatą, który tym razem doznał zaszczytu "ozdobienia" i nie miał ubrań na zmianę, więc wracał w samych bokserkach :-). No i cóż - postanowiliśmy w końcu z tym skończyć - zaczynając oczywiście od najbardziej naturalnych metod, a potem ewentualnie próbować sięgać po poważniejsze środki. Na pierwszy rzut - akupresura - spróbujemy opasek Sea Band.
Informacja ze strony producenta : Działanie opasek oparte jest na akupresurze – tradycyjnej chińskiej metodzie leczenia za pomocą dotyku i ucisku odpowiednich punktów na ciele człowieka. Prawidłowo założone opaski Sea-Band stymulują znajdujący się na nadgarstkach punkt P6 (Neiguan) umiejscowiony na meridianie osierdzia, co niweluje uczucie nudności. opasek jest proste, skuteczne i bezpieczne. Nie powoduje żadnych skutków ubocznych, takich jak senność, ospałość czy suchość w ustach – typowych dla innych produktów stosowanych w przypadku nudności.
Opaski działają szybko( nawet po 2-5 minutach) i można je zakładać nawet już po wystąpieniu pierwszych symptomów. Są estetyczne i wykonane z trwałych nieuczulających materiałów, które zapewniają komfort stosowania i możliwość wielokrotnego używania w każdym przypadku pojawienia się uczucia mdłości.
Spróbujemy, zobaczymy :-).

Spróbuję też szarlatańskiej, osławionej na forach metody - zaklejania pępka plastrem na krzyż - która niestety nie ma żadnego uzasadnienia medycznego, ale wiadomo - wiara czyni cuda.
Jeśli to nie poskutkuje, to jeszcze w obwodzie czeka homeopatia, potem środki bez recepty, następnie te na receptę. Ale to już ostateczność. Nie mniej jednak wypowiedziałam walkę wrogowi jakim jest choroba lokomocyjna mojego dziecka, bo chcielibyśmy żeby nasze Słoneczko mogło pomoczyć nóżki morzu czy pobiegać po Krupówkach.
Dużym problemem w naszym przypadku jest wiek Gibonika - czyli niecałe 2 lata, bo wiele środków można podawać dopiero sporo starszym dzieciom. Ale trzeba próbować.
Przy okazji pamiętać należy, że  przed podróżą dziecko powinno być tylko po lekkim posiłku, za bardzo nie "opite", a w aucie raczej chłodniej i rześko. No i często należy robić sobie przerwy w podróży.
Na razie postawiliśmy na podróże rowerem zwiedzając bliższą i dalszą okolicę, a daleki świecie - do Ciebie też w końcu przybędziemy :-).
A może Wy znacie jakieś sprawdzone metody na walkę z "potworem ;-)?
Ps. Post nie jest sponsorowany.

19 komentarzy:

  1. Mój Filip niby nie ma choroby lokomocyjnej. Piszę niby, bo przecież wszystko może wyjść wraz z wiekiem. U nas na szczęście nikt nie zmaga się z tym problemem.
    Strasznie Ci współczuję :(

    OdpowiedzUsuń
  2. też miałam chorobę lokomocyjną i wiem jaki to jest stres, pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku, dorosły fatalnie znosi chorobę lokomocyjną, a co dopiero dziecko... Widzisz, wszystkiego trzeba probować i dobrze, że tak robisz. Ja nigdy nie cierpiałam na chorobę lokomocyjną, podobnie moi bliscy.

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak podróże... Z choroby lokomocyjnej z pewnością wyrośniecie! A ja może odkryję w tym czasie jakiś genialny środek na marudząco-pyskujacego nastolatka! Jak się siedzi w tym czasie za kierownicą to różne pomysły przychodzą do matczynej głowy:)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobno pomaga patrzenie w horyzont, tylko weź tu dziecko zmuś ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam kilka osób, które w dzieciństwie miały chorobę lokomocyjna i z niej wyrośli. Ja miałam w obu ciążach - okropne... Także wiem jak to jest.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja jako dziecko miałam chorobę lokomocyjną, bolała mnie głowa, kręciło mi się w głowie dramat dla dziecka. Gdy skończyłam 12 lat przeszło samo.

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie w rodzinie nikt nie ma choroby lokomocyjnej to nic nie podpowiem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Najprostszym stwierdzeniem jest od razu "choroba Lokomocyjna". Kto to stwierdził i na jakiej podstawie? Tylko na podstawie reakcji dziecka? A może problem tkwi głębiej? Wiele chorób i zachowań jest wynikiem przebywania w nieodpowiednim środowisku. Trzeba by przede wszystkim zbadać mieszkanie pod kątem właściwego ułożenia łóżka, właściwości bioenergetycznych (min żyły wodne). Kilka lat temu miałem zawał serca i po specjalistycznym badaniu okazało się, że spałem w miejscu, gdzie serce znajdowało się na przecięciu "złych energii". Robił mi to znajomy, który opracował własną metodę. I to się sprawdza, zmieniłem miejsce snu i do dzisiaj czuję się świetnie. Polecałbym też wizytę u specjalisty od odczytywania chorób z siatkówki oka, najlepszymi specjalistami w tej dziedzinie są Rosjanie z dawnych, odległych republik.Poza tym może Gibonek ma uczulenie np na tapicerkę samochodową? Przejedżcie się z nim jakimś starym samochodem, gdzie nie było kiedyś tyle chemii.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja mam chorobę lokomocyjną, no teraz już nieco mniej.
    Jako dziecko pamiętam brałam jakieś tabletki po których spałam cała drogę, a wiadomo najlepsza impreza zawsze w autobusie. Zdarzyło się, że jechaliśmy do kina autobusem to zasnęłam na seansie... Mam nadzieję, że mój Tolek nie będzie miał problemów z jazdą...

    OdpowiedzUsuń
  11. dobrzeże mi ta chroba przeszła

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja od małego się z tym męcze, ah nie życze nikomu :( Pozdrawiam Lesia

    OdpowiedzUsuń
  13. Strasznie Wam współczuję :( Powodzenia w walce. Może z czasem Gibonik wyrośnie z tej choroby.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nieciekawie jak się Maluch tak męczy :( My nie mamy takiego problemy, choć ostatnio siostra stwierdziła, że czasami podczas jazdy z Krzysiem on robi się taki dziwnie ospały, choć to nie jego pora na drzemkę, że może właśnie jest mu niedobrze. Jednak 2,5 letnie dziecko już umie zakomunikować, że coś jest nie tak. Rzeczywiście kilka razy takie sytuacje były, ale zazwyczaj podróż wtedy odbyła się po jedzeniu - i to np. frytek z McDonalds. Więc mógł się gorzej czuć. Natomiast, gdy wracaliśmy znad morze i też Mały jadł w aucie różne rzeczy - paluszki, cukierki, bułkę - to rzeczywiście zrobiło mu się mdło, ale powiedział, że mu jest niedobrze, więc wyszliśmy z auta, przewietrzył się, uspokoił i było ok. Nie wymiotował. Mam nadzieję, ze uda Ci się znaleźć złoty środek na tą chorobę lokomocyjna, najlepiej tak jak piszesz - jakąś naturalną, co by go od razu lekami nie faszerować. Trzymam kciuki! Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  15. O kurcze... No to macie niewesoło.
    Niestety nie pomogę. Nigdy w tej kwestii żadne z naszej trojki nie miało problemów.
    Trzymajcie się i obyście szybko znaleźli odpowiedni specyfik.

    OdpowiedzUsuń
  16. Też to przerabialiśmy. Mój syn też miał chorobę lokomocyjną w tym wieku, na szczęście nie trwało to długo, niecałe 2 lata. Po pierwsze, kierowca musi jechać delikatnie i spokojnie, żeby unikać gwałtownego (dla dziecka - kierowca oczywiście może tego nie dostrzegać, ale ja jako sama mająca problemy dobrze to wyczuwam) hamowania. Po drugie Młody jest zaopatrzony w wysoką plastikową miskę (w sklepie była opisana jako "do miksowania"), jak czuł się gorzej sam się jej domagał. W aptece kupiłam dla niego lokomotiv w syropku. Z tego co pamiętam, można go podawać od 3 r.ż., ale farmaceutka powiedziała, żebyśmy spróbowali np. z połową porcji - i pomogło. Niestety nie pomaga przy kierowcach agresywnych, którzy szybko przyspieszają i hamują. I nigdy nie podawaj mięty przy wymiotach, bo to tylko pogarsza sprawę...
    Powodzenia w walce z choróbskiem!

    OdpowiedzUsuń
  17. jak dobrze,że ja nie mam takiego problemu ^^ uwielbiamy podróżówać

    OdpowiedzUsuń
  18. my maksymalnie 1,5 h jedziemy i narazie jest ok;)

    OdpowiedzUsuń

Za każdy pozostawiony komentarz serdecznie dziękuję :-)
Odwiedzam każdą osobę komentującą, choć czasem z powodu nadmiaru obowiązków przy Giboniku, może to potrwać :-).
Pozdrawiam!